Islandia day 4- Opuszczony basen.

03:14


Jeśli powiedzenie 'Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje' jest prawdą, to my nic nie dostaniemy. Obudziliśmy się grubo po 9, a wyszliśmy z domu po 12. No wiecie, było trzeba zjeść, spakować się, a do tego pomyśleć gdzie my w końcu jedziemy, bo dalej nie mieliśmy zaplanowanej trasy. Wrzuciliśmy więc plecaki do naszego starego przyjaciela wózka sklepowego i ruszyliśmy na znany już nam przystanek, by znowu łapać stopa. Najpierw jednak zahaczyliśmy o Bonusa, bo dzień wcześniej zorientowaliśmy się, że na południu tych sklepów praktycznie nie ma. Kupiliśmy trzy chleby, trzy dżemy, trochę słodyczy i zapłaciliśmy dwa tysiące, czyli jakieś 60 zł, co powinno dać Wam obraz cen na Islandii. Jacek skoczył jeszcze po butlę, żebyśmy mieli na czym robić ich jedzenie liofilizowane (tak ogólnie, to polecamy. Sprawdza się, syci i nawet smaczne, chociaż to ostatnie zależy od tego jak bardzo jesteś zmęczony i w jakiej dziczy przebywasz) i moje owsianki (to już nie takie smaczne, ale tańsze i dalej się sprawdza). Jacka z tą butlą nie było dobre milion lat, ale na całe szczęście wrócił cały, zdrowy i pełen gazu. Znaczy, z butlą pełną gazu. Na Islandii za małą butlę zapłacicie około 1000 koron.



No to skoro mamy już wszystko co nam potrzebne do życia przez tych kilka dni, to ruszamy przed siebie. Stanęliśmy na 'naszym' przystanku i nie minęła chwila, a już zatrzymuje się jakiś Polak. Niestety okazało się, że zobaczył po prostu naszą flagę i dlatego się zatrzymał, a jechałzupełnie w innym kierunku. Nie poddajemy się i łapiemy dalej. Kolejne auto i znowu zatrzymała się Polka. Wyrzuciła nas już po 15 km, ale za to pokazała nam miejsce, gdzie łatwiej złapać stopa. Ledwo doszliśmy do tego właśnie miejsca, chłopacy jeszcze nawet nie doszli do samej drogi, a ja już złapałam kolejne auto, którego właściciel chciał nas zabrać do Selfoss. Ku mojemu zdziwieniu, to nie chciał wcale zabrać NAS, tylko MNIE, chociaż całą kanapę z tyłu miał wolną. Nara gwałcicielu! Ledwo odjechał, a zatrzymały się dwie Azjatki, przez co złamały nasz stereotyp o Azjatach, którzy nie biorą stopa. Okazało się, że jedna z nich ma jakąś znajomą w Polsce i przywitała nas słowami 'Dzień dobry'. W Polsce jednak nasza siła! Panie wyrzuciły nas w Selfoss na rondzie, gdzie dosyć szybko złapaliśmy Włocha, którego Jacek ochrzcił imieniem Luigi. Pan był bardzo miły, jednak chciał jechać prosto do hotelu i wysadzić nas na naszym pierwszym przystanku. Jacek postanowił wykorzystać swoje umiejętności namawiania i nagle Luigi był chętny jechać z nami już praktycznie wszędzie. Najpierw poszedł z nami zobaczyć wodospad Seljalandsfoss. Po drodze opowiadał nam o swoich podróżach, ale na koniec zaczęliśmy się już zastanawiać, czy on rozumiał cokolwiek z tego, co Jacek do niego mówił, bo albo nie odpowiadał, albo się uśmiechał, albo mówił nie na temat. No i po co on się tak produkował na tym przednim siedzeniu? Wracając jednak do samego wodospadu. Możecie go zobaczyć w teledysku Justina Biebera, tylko trochę musicie odbarwić obraz. 
My przeszliśmy pod wodospadem i wyszliśmy caaaali mokrzy. Musicie się uszykować na to, że za kaskadą będzie na was czekać zimny prysznic. Nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z takim wodospadem, który można zobaczyć z praktycznie każdej strony, a przejście za kaskadą zawsze mi się wydawało być trochę… fikcyjne. Jak widać, Islandia zaskakuje i pozwala fikcję zmienić w rzeczywistość. Jeśli więc już będziecie na miejscu, to nieważne jaka będzie pogoda, musicie koniecznie zrobić rundkę wokół tego 60 metrowego wodospadu. Uważajcie jednak na siebie, bo przejście od prawej strony wydaje się być łatwe i przyjemne (w najgorszym wypadku utopicie trochę buta w błocie, tak jak ja), za to z lewej spotkacie gołe skały, które często są niebezpieczne, bo można się na nich łatwo poślizgnąć. Niestety Luigi nie podzielił naszego entuzjazmu (nie idźcie jego przykładem!) i cierpliwie czekał po jednej stronie wodospadu, aż dobiegniemy na parking.



Wsiadamy do auta i wiezie nas dalej, a Jacek próbuje go namówić, żeby pojechał z nami na opuszczony basen. Bardzo się jednak przed tym bronił, że już jest zmęczony, że chce pojechać do hotelu. Tak więc przy skrzyżowaniu na basen poprosiliśmy, żeby się zatrzymał i nas wysadził, to my już sobie dojdziemy ten 'kawałek'. Trochę się chyba jednak nie zrozumieliśmy, bo zamiast się zatrzymać, to skręcił na skrzyżowaniu w lewo, czyli w naszą stronę. 'No to chcesz z nami jechać czy nie?' 'No nie.' 'To musisz zawrócić, bo to nie jest Twoja droga!' No to on na to zaczął zawracać, tylko halo, skoro już tu przyjechałeś, to nas wysadź, mamy chociaż bliżej. Ciężko było mu to wytłumaczyć, ale wreszcie się zatrzymał. My się ładnie pożegnaliśmy i ruszyliśmy w stronę basenu. Mamy nadzieję, że ten przemiły starszy pan bezpiecznie dotarł do hotelu. Teraz nas czeka długa droga pieszo, ale się nie poddajemy, byle do przodu! Po drodze próbowaliśmy złapać kolejnego stopa. Zatrzymały się trzy dziewczyny z Ukrainy, ale one trzy, nas też troje, no nie damy rady. Podziękowaliśmy za chęci (bo za chęci też klaszczemy) i mijając wrak starej ciężarówki, dzielnie dotarliśmy prawie do celu.




Kiedy dojdziecie do parkingu, to czeka Was jeszcze dalsza piesza wędrówka nad sam basen. Kawałek trzeba przejść, ale stanowczo warto. Kiedy usłyszałam słowo 'opuszczony', to przed oczami miałam raczej wizję scen jak z horroru, krew na ścianach, jakieś dowody zbrodni, a okazało się, że miejsce jest całkiem przyjemne, tylko trochę brudne. Komu by jednak przeszkadzał lekki bałagan przy świadomości, że jednak nie straszą tu żadne potwory. Nie ma na co czekać, przebieramy się i kąpiemy! Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Już samo przebranie się w strój było niezłym wyczynem (chciałam tylko zauważyć, że tam było jakieś 5 stopni), a co dopiero wyjście w samym stroju na dwór. Koszmar! Do teraz zastanawiam się, jakim cudem nie zmieniłam się w bryłkę lodu i nie wkomponowałam w przyrodę Islandii. Całe to marznięcie zrekompensowało wejście do wody. Ciepło, miło i człowiek się nawet trochę wykąpie (nawet jajem nie śmierdziało). W jednym momencie poczułam jak rozmrażają mi się wszystkie części ciała. Pamiętacie jak za dzieciaka kładło się dłonie na grzejnik po bitwie na śnieżki? To było podobne uczucie. 







Szczerze myślałam, że tego dnia ruszymy jeszcze w dalszą drogę, więc wyszłam przed chłopakami, żeby załapać się na prywatną przebieralnie. Zupełnie nie zwróciłam jednak uwagi, że jest już taka godzina, że raczej nigdzie dalej nie pojedziemy. Zrobiłam więc herbatkę, ubrałam na siebie kilka warstw i czekałam, aż chłopaki też już wyjdą i po wynurzeniu doznają tego samego szoku co ja. Nawet sobie nie wyobrażacie jak ciężko jest wyjść z takiej cieplutkiej wody na ten ziąb! Poczekaliśmy chwilę, aż wszyscy sobie już pójdą, żeby zacząć rozkładać namiot. Bardzo chciałam iść już spać, więc zaczęłam wyciągać z pokrowca nasz przenośny dom. Chłopaki jednak wyciągnęli mnie przed domek, posadzili na ławce, dali notatnik i kazali pisać bloga, a sami zaczęli sprzątać. Kiedy zobaczyłam efekt po sprzątaniu, to miałam ogromną ochotę wysłać ich do ekipy z 'Domu nie do poznania', tylko jakaś wersja superekspresowa. Powinni ich od ręki zabrać do siebie! W takim czystym domku rozbiliśmy namiot i szykujemy się do spania. Przecież jutro czekają na nas nowe przygody, trzeba być wyspanym! Kładziemy się już, a tu nam nagle wchodzi do pokoju jakaś pani, która przyszła się kąpać po 22! No szalona ona! W nocy jest jeszcze zimniej, więc nie chcę wiedzieć co czuła wychodząc z wody, a do tego musiała w ciemnościach pokonać drogę na parking. Ta pani jednak to było pół biedy. W nocy, kiedy chłopacy wstali, żeby sprawdzić czy pojawiła się zorza (ja nie wstałam, bo miałam przyjść na gotową zorzę, a że jej nie było, to mnie nie budzili), to przyłapali mysz, jak wcinała sobie nasze orzeszki. Jedyne co z tego pamiętam, to fakt, że chcieli ją zagonić do dziury, a ona wbiegła tam szybciej niż Michał skończył zdanie. Więc jeśli pójdziecie naszym śladem, to powieście wszystkie rzeczy na wieszakach, chyba że chcecie dokarmić szarą myszkę, a sami później głodować.







Zobacz również

0 komentarze