Neapol day 1.

21:38

Tym razem startujemy z Katowic. Zacznijmy od tego, że po wstaniu o 6 rano, żeby dotrzeć na samolot o 10.55 zaczęło mnie łapać jakieś dziwne uczucie dyskomfortu. Nie mam pojęcia dlaczego, bo przecież to nie mój pierwszy raz, gdzie wszystkie rzeczy mam tylko w podręcznym, ani mój pierwszy raz samolotem (w przeciwieństwie do Dominiki!). W każdym razie dojazd do lotniska z centrum Katowic jest beznadziejny, bo okazuje się, że Port Katowice wcale nie jest w Katowicach. Jak się tam w takim razie dostać? Możecie zamówić z Ubera auto za około 80 zł, możecie też pojechać specjalnym busem za 27 zł, albo po prostu pojechać autobusem miejskim z przesiadką za uwaga... 4.30 zł (2 bilety- jeden na godzinę i 3 strefy, a drugi 1.90 za 1 strefę. Obydwa ulgowe)! Wsiadacie w 119 w centrum miasta, by później wysiąść po środku niczego i czekać na autobus 85. W momencie, kiedy zobaczyłam gdzie jesteśmy przestałam wierzyć, że jakiś inny autobus się tutaj jeszcze zatrzyma i nawet usilnie próbowałam złapać traktor na stopa, ale tym razem kierowca jakoś nie był chętny nas zabrać. 85 jednak przyjechało i jesteśmy na lotnisku. Po ponad godzinie.




Pierwsze koty za płoty. Trafiłyśmy, więc będzie już tylko lepiej, prawda? Na sprawdzaniu bagażu nie musiałyśmy nawet upychać plecaków do skrzynek. Pani bez problemu przykleiła karteczki 'small' i 'large'. Później niestety już nie było tak bezproblemowo. Pracownicy bardziej nadgorliwi niż na lotnisku w Gdańsku. Pan twierdził, że mój woreczek na kosmetyki, z którym jeżdżę już kilka lat, ma nagle 3 litry, a na fakt, że ten który mi dał ma tylko pół litra usłyszałam bardzo poważną odpowiedź 'To są woreczki, które daje nam i wymaga od nas port lotniczy i takie musimy respektować'. Cycki i ręce opadają. Poprzerzucaliśmy buteleczkę tu, buteleczkę tam, a mi dalej zostały dwie. 'Pani to zutylizuje', ale co proszę? Na całe szczęście przy taśmie była młoda dziewczyna, która pomogła nam poupychać, poprzekładać i udawała, że płyny to wcale nie płyny, a woreczek nie musi się zamknąć. Koniec końców zostawiłam te butelki w skrzynce, bo pan sobie nagle poszedł. Reszta przeszła już bezproblemowo, lot z małymi turbulencjami. Koniecznie, ale to koniecznie bijcie się o miejsce z lewej strony samolotu, bo przepięknie widać Wezuwiusza z lotu ptaka (oczywiście tak się zapatrzyłam, że nie zrobiłam zdjęć...), a do tego świetny widok na miasto. Przy lądowaniu miałam wrażenie, że jesteśmy tak nisko, że zaraz rozbijemy się o budynki.



Co się dzieje, kiedy już wylądujesz? Chodzisz 10 razy po lotnisku tam i z powrotem, by znaleźć miejsce, gdzie można kupić Arte card, po czym się dowiadujesz, że tutaj tego jednak nie kupisz. Musicie się najpierw dostać do miasta. Jak to zrobić? Pytajcie, pytajcie i jeszcze raz pytajcie o drogę. Wychodząc z lotniska powinniście się skierować lekko w prawo, a później w lewo (idźcie główną drogą po prostu), aż dojdziecie do przystanku. W sumie autobusy widać od razu po wyjściu z lotniska, ale ja jestem ślepa i tego oczywiście nie zauważyłam. Za dojazd do centrum zapłacicie 4 euro, a kupicie go przy wejściu do autobusu (uf, nie trzeba szukać automatu, całe szczęście, bo pewnie byśmy tam siedziały do wieczora!). Do placu Garibaldi, czyli głównego węzła komunikacyjnego w Neapolu, jechałyśmy około 20 minut, Garibaldi to dworzec, główna stacja metra, stąd odjeżdżają wszystkie autobusy i wycieczki. Tutaj też możecie kupić kartę Arte Card. Żeby znaleźć miejsce, w którym możemy ją kupić przejechałyśmy stację osiem razy do góry i na dół. Okazało się, że informacja turystyczna znajduje się na poziomie 0, dokładnie tam, gdzie są perony. Możecie tam kupić właśnie tę kartę (poczytajcie o niej na dole), a do tego dostać super mapkę. Kiedy dorwałyśmy wreszcie kartę, znalazłyśmy odpowiedni kierunek metra i dotarłyśmy na stację, na której kazał nam wysiąść Matteo, okazało się, że ma on jeszcze zajęcia i polecił nam małą kawiarnię. Pierwsza kawa we Włoszech z polecenia Włocha brzmi dobrze, prawda? Tylko, że tu praktycznie nikt nie mówi po angielsku! Tak właśnie pojawia się pierwsze wyzwanie w tym cudownym kraju. Jak wytłumaczyć, że chcemy 3 kawy i ciastko z Nutellą (Neapol to Nutellowy raj! Musicie spróbować wszystkiego co ją ma, a jest tego dużo. Hm, nie, żebym ja sama próbowała oczywiście...), kiedy jedyne co potrafią nam przekazać to 'Milik! Good! Milik!'? Trochę pokazywania na palcach, na migi, wskazywania i kręcenia głową, aż wreszcie dostałyśmy! Trzy espresso (miały być dwie czarne americano i jedna z mlekiem) w butelce po soku, wodę pod sreberkiem i ciastko. Bierzcie take away, oszczędzicie 1.50 euro automatycznego napiwku za obsługę! Mnóstwo śmiechu i załamywania rąk, ale zakończonych sukcesem. Pierwsza kawa była wyśmienita, a Nutella jeszcze lepsza.


W końcu pojawił się i nasz host. Przywitał się, uśmiał się z faktu, że próbowałyśmy się dogadać po angielsku i zabrał nas do siebie, byśmy mogły rozpakować rzeczy i wyruszyć na miasto. Jeśli kiedykolwiek korzystaliście z couchsurfingu, to raczej jesteście przyzwyczajeni do średniego, albo słabego standardu i kawałka podłogi, prawda? No ja też, a tutaj weszłam autentycznie do pałacu. Wszędzie marmury (trochę się poczułam jak na UP we Wrocławiu), stara winda, złoto i drewno. Przepięknie! Do tego dostałyśmy swój pokój, a widok z tarasu dosłownie zwalał z nóg. Panorama miasta, a za nią rozciągało się morze. Mamo, chyba trafiłam do raju!


Raj trzeba jednak opuścić, żeby poznać miasto. Na dzisiaj jedyny ambitny plan jaki miałyśmy, to zjeść pizzę. Reszta niech się toczy jak chce. Z racji tego, że jedna z towarzyszek podróży jest bezglutenowcem, Matteo polecił nam pizzerię Vesi na Via San Biagio Dei Librai. Po przejściu tych samych, uroczych uliczek dziesięć razy wreszcie znalazłyśmy to, czego szukałyśmy. Jak się jednak okazało, bezglutenowa część pizzerii jest otwarta dopiero od 19, a do tego nie można zabrać pizzy na wynos. Chwila namyślenia i siadamy. Jesteśmy już tak strasznie głodne, że nie mamy siły szukać innego bezglutenowego miejsca. Zamawiamy trzy razy Margaritę i czekając podziwiamy okolicę. Niesamowite jest to, jak te wszystkie małe uliczki i place żyją własnym życiem. Ktoś siedzi w oknie, dzieciaki grają w piłkę (co chwilę trafiają w nas, albo w samochody), skutery praktycznie na siebie wjeżdżają, a pomiędzy tym wszystkim gdzieś kręcą się turyści i wszystko fotografują. Tworzy się tam tak niesamowity i osobliwy klimat, że trzeba tam być, by to poczuć. Wracając jednak do naszej pizzy, bo w końcu się zjawiła, to... niebo w gębie. Jeżeli ktoś z Was był we Wrocławiu w Piecu na Szewskiej, to może sobie wyobrazić, co moje kubki smakowe właśnie przeżywały. Chyba nie muszę dodawać, że taka lokalna pizza smakuje jeszcze lepiej niż ta z Pieca, prawda? Idealnie słodkawy sos, idealnie roztopiony ser, idealnie lekko przypalone ciasto. Matko, muszę to skończyć, bo aż robię się głodna i ślinka mi cieknie.



Po pizzy ruszamy dalej przed siebie (dosłownie. Przez większość czasu nawet nie kontrolowałyśmy gdzie jesteśmy i w jakim kierunku idziemy), tylko po to, by zaraz zatrzymać się na słynną babę. Znana na całe włochy, a mi przypomina zwykłą świąteczną babkę, nasiąkniętą dużą ilością alkoholu (to oczywiście na plus) i pokryta bitą śmietaną. No cóż, mnie jakoś nie porwała. Idąc dalej natrafiłyśmy na mnóstwo małych sklepików, straganów i targów, wszystko na wąskich ulicach, po których dalej poruszają się skutery, tłumy ludzi, biegają dzieci i jakoś nikt nikogo jeszcze nie zabił! Wśród tych wszystkich uliczek najbardziej mnie zadziwia cisza. Przecież tu są tłumy, mnóstwo pojazdów, a i tak dalej jest cicho. I chyba ta cisza i ten spokój nas trochę zmyliły. Nigdy nie idźcie w dół mapki i nie słuchajcie jak Dominika Wam mówi 'Chodźcie tam, będzie fajnie!', bo najprawdopodobniej to będzie jakieś podejrzane miejsce. Tak też trafiłyśmy na z pozoru przyjemny placyk. Było już ciemno, jakieś motorki, mało ludzi, zero turystów... Czytał ktoś 'Trzy metry nad niebem?' Jeśli tak, to pamiętacie te sceny, kiedy dziewczyny jeździły na motocyklach przywiązane do facetów, bez kasków i z opaskami na oczach? Przy czym ci faceci się ścigali, wkoło było pełno kibiców, a całe wydarzenie było nielegalne? To właśnie tak tam wyglądało. No ja na początku oczywiście, że ale super, chodźmy tam, no przecież jak w filmie, ja chcę zobaczyć! Dziewczyny jednak miały do tego sceptyczne podejście, a wszystkie trzy stwierdziłyśmy, że czas uciekać w momencie kiedy popatrzyłyśmy na fontannę. No fontanna, jak fontanna. Pięknie rzeźbiona, kilka poziomów, postury kobiet... Tylko z tymi kobietami było coś nie tak. Chwilę mi zajęło, zanim się zorientowałam, że wyglądają, jakby z ich ust wypływała krew i pokrywała całe klatki piersiowe. Okej, to było już tak przerażające, że wszystkie trzy na siebie popatrzyłyśmy i bez słowa zaczęłyśmy uciekać. Oczywiście ucieczka nie mogła udać się po cichu, bo Dominika musiała zademonstrować środkowy palec jakiemuś panu z tira, który po jej geście zatrzymał ciężarówkę i zaczął cofać, by nas dogonić. O MATKO! Biegniemy! Zginiemy! Jak najszybciej dobiegłyśmy do głównej ulicy, by schować się między turystami i nie dać się zabić.

Baba! (a nawet dwie heheszki)


Wracałyśmy już bardziej turystycznymi dzielnicami, weszłyśmy do tej i tamtej świątyni (polecamy wchodzić wszędzie gdzie się da, każdy kościół i każda świątynia są zupełnie inne), aż dotarłyśmy do stacji metra i wróciłyśmy do domu. Matteo był przekochany, chciał nam dać jeszcze jedną kanapę w salonie, tylko wtedy pojawił się mały problem. Ja naprawdę nie mam problemu ze spaniem w miejscach publicznych, ale moment, w którym miałabym spać na kanapie, a 4 innych, totalnie obcych ludzi miałaby na mnie patrzeć jak śpię, pomiędzy powtórkami na egzamin z medycyny jednak trochę mnie przerosła. Co więc zrobiłyśmy? Dziewczyny upchały się do jednoosobowego łóżka, a ja stworzyłam sobie własne. Rozbroiłam kanapę na części pierwsze i z poduszek ułożyłam sobie prawie królewskie łóżko. Nie wiedziałam tylko, czy lepiej, żeby z tego łóżka wystawały mi na podłogę nogi, czy jednak głowa. Na szczęście decyzja podjęła się sama po wypiciu prawie włoskiego wina z kartonu, kiedy wszystkie zasnęłyśmy jak zabite po całym dniu podróżowania. Na jutro już mamy jednak zorganizowany plan, idziemy na konkretne rzeczy, nie na mordercze fontanny!




Co musicie wiedzieć w skrócie:

Dojazd na lotnisko: Najtaniej dojedziecie autobusem miejskim. Z centrum autobus 119 i przesiadacie się w 85. Bilet za 2.40 zł na 3 strefy na godzinę i za 1.90 zł  na 1 strefę.


Dojazd z lotniska: Wychodzicie głównym wyjściem, przechodzicie na szagę przez parking (na prawo jest chodnik, ale who cares?), aż dojdziecie do przystanku autobusowego. Na 100% go znajdziecie, bo jest tam tłum ludzi. Bilet kosztuje 4 euro, kupujecie przy wejściu do autobusu.


Arte Card- coś co uratuje Twój portfel przed zbankrutowaniem w Neapolu. Karta poniżej 25 roku życia kosztuje 25 euro i uprawnia do transportu miejskiego przez 3 dni i do darmowego wejścia na dwie atrakcje (my potwierdzamy, że na jedną, bo tylko jedną wykorzystałyśmy). Druga, dla dorosłych, kosztuje 32 euro, upoważnia do transportu przez 3 dni i wejścia do dwóch atrakcji turystycznych. Więcej o karcie możecie poczytać na http://www.campaniartecard.it/


W Neapolu jest straszny problem z miejskim internetem, albo raczej z jego brakiem. Zaopatrzcie się więc w jakąś dobrą taryfę na internet u swojego operatora, albo zainwestujcie w lokalną kartę, jeśli zostajecie tu dłużej.


Zobacz również

0 komentarze