Kobieta sama w Indiach - jak przeżyć?

23:54

Kiedy oznajmiłam światu, przyjaciołom i rodzinie, że w mojej solo podróży mam zamiar odwiedzić również Indie to wylała się na mnie fala komentarzy. Dowiedziałam się między innymi, że umrę, że mnie uprowadzą, sprzedadzą, zgwałcą i poćwiartują na narządy. Nic z tego się na szczęście nie wydarzyło, a ja wyjechałam z tego kraju cała i zdrowa.

Prawdą jest, że praktycznie nigdy nie byłam w Indiach tak całkiem sama, bo na wolontariatach poznałam świetnych ludzi, w Mumbaju odwiedziłam przyjaciółkę, a w pozostałych sytuacjach zawsze znalazł się ktoś obok. Nie ujmując jednak mojemu podróżowaniu jako "samotna" kobieta (strasznie nie lubię tego określenia. Moja wyobraźnia idzie wtedy w stronę odrzuconej przez społeczeństwo kobiety, która nie ma się do kogo odezwać, albo takiej, która samiusieńka mieszka na pustkowiu.), to jeździłam sama autobusem, pociągiem sypialnianym, samolotem, byłam sama w Hampi i kilku innych miastach, robiłam sama zakupy, biegałam o 7 nad ranem, wsiadłam do rikszy i sama targałam plecak po wybrzeżu Indii. Mam więc doświadczenia pół na pół, ale w tym poście, chciałabym się skupić jednak na tej tytułowej połówce i opowiedzieć Wam o moich odczuciach. Nie będzie to żaden przewodnik typu "10 protipów jak przetrwać samej w Indiach", tylko moje wspomnienia, jakieś rady i opowieści o tym, co przeżyłam. Zaparzcie kawkę i siadajcie do lektury. Mam nadzieję, że Was wciągnie.







Jest już wieczór, wsiadam do samolotu, który przetransportuje mnie z Dubaju do Delhi w Indiach. Na lotnisku widzę tłumy Indusów, którzy przewożą ze sobą telewizory, pralki, pościele, kołdry i generalnie wszystko to, co kupilibyście Wy, gdybyście urządzali domy. Oni to kupują tutaj, dlatego, że zaoszczędzą dzięki temu mnóstwo pieniędzy, a poza tym będzie można się pochwalić przed rodziną, że ma się to tamto z zagranicy.
Odprawiłam się, poszłam na duty free i do mojej bramki. Wszyscy siedzący już pod bramką, z której miał odlatywać nasz samolot patrzyli się na mnie jak na jakieś dziwne stworzenie. Mężczyźni mieli wzrok od "ale dobra dupa", do "kto ją z domu wypuścił", za to kobiety, które tam siedziały (a było ich niewiele), wyglądały na przerażone tym, że chodzę sobie sama. "No to się zaczęło" - pomyślałam.
Wsiadłam do samolotu i skierowałam się do mojego miejsca. Luksusowo, przy oknie. Musiałam tylko poprosić pana siedzącego obok mnie, by mnie przepuścił. Chwile trwało, by zrozumiał, że nie mam zamiaru przeciskać się pomiędzy jego kolanami, a fotelem, tylko że proszę go o to, by wstał i wyszedł z rzędu, bym mogła normalnie przejść i usiąść. Wspomniany Pan wreszcie spełnił moją prośbę, a później poczuwał się do roli mówienia za mnie co i kiedy chcę. Dajmy na to: podchodzi stewardessa (która była jedną z 5-6 kobiet na pokładzie, a tak przy okazji, to ja byłam jedyną białą) i pyta, czy chciałabym się czegoś napić. Nawet nie zdążyłam otworzyć buzi, a pan obok mnie już powiedział, że chcę wodę i sok. Taka sytuacja miała miejsce kilka razy, aż w końcu się zdenerwowałam i powiedziałam mu, że sama umiem zamówić sobie coś do picia i jedzenia, nie potrzebuje jego pomocy, i by przestał się wtrącać. Już dawno nie widziałam tak zszokowanej miny, która ewidentnie mówiła, że żadna kobieta mu się nigdy w życiu nie postawiła. Stewardessa od tamtego momentu ignorowała tego pana, zwracając się bezpośrednio do mnie.



Wylądowaliśmy, dostałam wizę, pierwszą propozycję matrymonialną od jednego z celników, którą grzecznie odrzuciłam i znalazłam ławkę, na której spałam do rana. Już wtedy nie byłam sama. W kolejce po wizę poznałam miłego Czecha, który spał na sąsiadującej ławce, bo jednak we dwójkę zawsze raźniej i na zmianę w nocy czuwaliśmy i sprawdzaliśmy, czy ten drugi jeszcze żyje. Rano każdy poszedł w swoją stronę, ale lepiej się czułam nie będąc tam sama. To był pierwszy raz, kiedy dowiedziałam się, czym tak naprawdę jest to słynne "gapienie się". Czułam się cały czas obserwowana, jakby każdy mój ruch był monitorowany, wszystko co miałam na sobie  ubrane i moje obydwie torby zostały dosłownie prześwietlone wzrokiem mężczyzn mnie otaczających. Nie wiedziałam jak na to reagować, więc zazwyczaj patrzyłam się na nich spod byka i takie spojrzenie zostało ze mną w sumie do końca.

Nie myślcie, że na samym gapieniu się skończy! Musicie być przygotowane, że co trzeci krok ktoś Was spyta, czy może sobie z Wami zrobić selfie, a co piąty ktoś nie spyta, tylko podejdzie i szybko zrobi sobie z Wami zdjęcie bez pytania, po czym jeszcze szybciej ucieknie. Robiono mi też zdjęcia z ukrycia (paparazzi z nich słabe, bo najczęściej zdradzał ich niespodziewanie włączający się flesz i następujące po nim zmieszanie na twarzy), proszono o zdjęcia grupowe dla rodzin, były selfie z buziaczkiem z dziewczynami i na pozera z chłopakami (najśmieszniej było, kiedy udawali, że mnie obejmują, ale zatrzymywali swoją dłoń jakiś centymetr od mojego ramienia, by jednak mnie nie dotknąć). Były też zdjęcia, gdy leżałam na plaży z innymi wolontariuszkami i jeden chłopak strzelił sobie selfie z nami w tle. Nie chce wiedzieć do jakiego folderu trafiło później to zdjęcie. Proszę mi nie mówić, wolę żyć w błogiej nieświadomości. W pewnym momencie te zdjęcia tak mnie zaczęły drażnić, że krzyczałam tylko krótkie "nie" i uciekałam. Para, z którą mieszkałam przez jakiś czas wytłumaczyła mi jednak, że jestem prawdopodobnie jedyną białą osobą, którą widzieli na żywo i jestem dla nich jak gwiazda telewizji. Jedna rodzina  podobno nawet powiedziała, że wywoła sobie nasz portret, oprawi w ramkę i postawi na telewizorze!




Po takich śmieszkach przejdźmy do chwil lekkiej grozy. Siedzę na dworcu w jakiejś małej miejscowości, której nazwy nawet nie pamiętam, jest już ciemno, żadnej kobiety w zasięgu wzroku, za to tłum mężczyzn czekających na autobus. Widziałam też policjanta i wojskowych, pokazałam się w zasięgu kamer (które pewnie i tak nie działały), więc względnie spokojnie siedziałam sobie na jednym z krzesełek i czekałam na mój autobus, który miał nadjechać dopiero za kilka godzin. Nagle podchodzi do mnie bezdomny i zaczyna na mnie krzyczeć. To co robię ja? No też na niego krzyczę. On po swojemu, ja po swojemu i żadne nie wie dokładnie o co chodzi, ale atmosfera się coraz bardziej zagęszcza. Z gestykulacji owego pana rozumiem, że mam sobie iść z tego krzesełka, bo on chce się położyć na moim i na dwóch sąsiadujących, by pójść spać. Stwierdziłam, że nie ma mowy! Zrobiłam wielkie larmo, na co zbiegł się tłum facetów i pomyślałam sobie, że no to teraz mam przesrane. Okazało się, że wcale nie. Przegonili bezdomnego i do momentu przyjazdu mojego autobusu zmieniali wartę i mnie pilnowali. Oczywiście znalazł się jeden taki chłopak, który miał może z 18 lat i stwierdził, że on mnie weźmie do swojej wioski i pokaże rodzinie i możemy jechać tam nawet teraz (i pewnie już nigdy nie wrócić), ale jakoś nie skusiłam się na tę propozycję, a chłopak na szczęście przyjął odmowę.




Same podróże nocnym transportem wypadały różnie. Nawet nie tyle pod względem bezpieczeństwa, co dodatkowych atrakcji. Ludowe przyśpiewki pijanych pasażerów i filmy Bollywoodzkie puszczone na pełen głośnik, to były jedne ze standardowych sytuacji. Do tego utrzymanie się na pryczy czasami graniczyło z cudem, bo nie było żadnych barierek, które chroniłyby mnie przed spadnięciem z górnego łóżka, a kierowca nie uznawał zwalniania przed zakrętami.
Przed samym wejściem do autobusu zawsze czekałam aż kierowca, albo jego pomagier, schowają mój plecak do luku bagażowego i robiłam zdjęcie (najlepiej jakby na zdjęciu był i plecak i kierowca/pomagier, jako dowód, że to był dokładnie ten autobus). Później sprawdzałam, czy kierowca na pewno odhaczył mnie na liście pasażerów i trzy razy mu mówiłam dokąd jadę, prosząc przy tym by mnie obudził i poinformował przed przystankiem, że to już tutaj. Polecam też machać przez okno, nawet jak nie macie do kogo. Współpasażerowie zobaczą, że się z kimś żegnacie i że nie jesteście same w tym kraju, więc średnio się opłaca Was porywać. Były po drodze też przerwy na toaletę. Zabierzcie wtedy ze sobą wszystkie swoje cenne rzeczy - paszport, portfel, telefon itp. i nastawcie się na to, że te toalety będą w naprawdę opłakanym stanie, gdzieś na końcu świata (najgorsza z jakiej korzystałam, to blaszak, który miał wybetonowaną podłogę, a w niej trzy dziury obok siebie, które robiły za trzy toalety, a w kranie nie było wody). Za każdym razem kierowca dbał o mnie, sprawdzał, czy wróciłam z toalety i zawsze obudził przed moim przystankiem.
Autobusy były natomiast pikusiem w porównaniu do pociągów. Nocnym pociągiem miałam (wątpliwą) przyjemność jechać raz, a sama podróż trwała kilkanaście godzin. By było Wam łatwiej zrozumieć o co chodzi, to poniżej załączam mało wyraźne fotki tego, jak wygląda trzypoziomowy wagon sypialniany w Indiach. Wtedy po raz pierwszy chyba naprawdę się bałam. W wagonie nie widziałam kobiet, wkoło mnie sami mężczyźni, nie mam gdzie zostawić swojego bagażu, prycza jest brudna i okropnie śmierdzi, okno jest zakratowane i czułam się jak w więzieniu, a do tego nikt nie rozumiał gdzie chcę dojechać, więc w pewnym momencie wpadłam w panikę i zaczęłam po prostu płakać. Nagle znalazł się koło mnie młody mężczyzna, który zaczął mnie uspokajać, że jestem w dobrym pociągu, a kolejny przyprowadził nie wiem skąd dwie kobiety. One nie mówiły słowa po angielsku, a ja nawet pół w ich języku. Siedziałyśmy więc tak naprzeciwko siebie i się uśmiechałyśmy. Pokazywałam im zdjęcia z podróży i opowiadałam na migi różne historie, a one odpowiadały mi w ten sam sposób. Zostały ze mną póki nie zasnęłam, a potem wróciły na swoje miejsca. Obudziłam się w środku nocy, przytulając plecak z całym moim dobytkiem i chciałam zejść z łóżka, by wyjść do toalety, a nagle moja stopa trafia na... człowieka. Ludzie jeździli tym pociągiem na gapę i w związku z tym nie mieli miejsc, więc jeden koło drugiego leżał na podłodze. To było straszne, znowu się wystraszyłam i jakoś odechciało mi się siku. Wraz ze wschodem słońca wszystko się zmieniło. Cały pociąg jakby odżył. Widoki za oknem zmieniły się z czarnej czeluści zza więziennych krat na przepiękne krajobrazy i małe miasteczka. Ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, a ja przestałam się bać. Przetrwałam tę noc w pociągu i okazało się, że wcale nie było tak strasznie. No może poza toaletą. Toaleta była dalej tak samo straszna rano, jak poprzedniego wieczora.







Kiedy przemierzałam samotnie uliczki w Indiach, czekałam na przystanku, albo wsiadałam do tuk tuka, to często pojawiało się pytanie, czy jestem tutaj sama. Nigdy nie powiedziałam prawdy i Wam też radzę, by nigdy jej nie mówić. Właściciel restauracji pyta Cię, czy jesteś tu sama, że jesz w pojedynkę? Nie, mój chłopak ma grypę żołądkową, więc niestety musiał zostać w hotelu, ale umówiliśmy się, że za dwie godziny do niego wrócę. Moja koleżanka postanowiła zwiedzić inną dzielnicę, a ja koniecznie chciałam zobaczyć tą część miasta, ale popołudniu spotykamy się znowu, by zwiedzać razem. Moi rodzice nie czują się dzisiaj najlepiej, jest im za gorąco, więc postanowiłam sama zobaczyć miasto, ale niedługo się widzimy. Przyjechałam do rodziny. Odwiedzam chłopaka. Śpię u przyjaciółki. Ruszcie wyobraźnię, ale niech nikt nie wie, że jesteście tu same i nikt na Was nie czeka.



Tak jeszcze w temacie tej samotności, to ja dostałam od chłopaka przed wyjazdem pierścionek w typie obrączki i zabrałam go ze sobą, by mówić, że męża to ja już mam i innego nie szukam. Co do pierścionków, to są dwie teorie. Jedna mówi, żeby nie nosić biżuterii, bo taki pierścionek można stracić razem z palcem, a druga, że to jedyna rzecz, która uchroni Was przed zaaranżowanym małżeństwem. Mi kilka razy zdarzyło się bronić tym pierścionkiem przed chętnymi kawalerami (nie tylko w Indiach) i wiem, że drugi raz też bym go wzięła ze sobą. Pozwala łatwo uciąć konwersacje, a że małżeństwo jest rzeczą świętą w Indiach, to macie gwarancje, że w tej wiosce już wszyscy wiedzą, że nie jesteście do wzięcia i już żaden chłopak się do Was nie zbliży. Do tego polecam również mieć w zanadrzu zdjęcia narzeczonego (nawet jak go nie macie, nawet jak chłopaka nie macie, to kolega koleżanki brata dziewczyny też się nada na te fotki), jako dodatkową podkładkę, a poza tym wszystkie kobiety będą chciały o tym pogadać i tak nawiążecie nowe, chwilowe znajomości, które zapewnią Wam bezpieczeństwo.



Skoro o bezpieczeństwie mowa, to z kolei odradzam posiadanie i używanie gazu pieprzowego, czy noża do samoobrony (no chyba, że walkę na noże macie w małym palcu). Jest większe prawdopodobieństwo, że tym nożem to ktoś Wam zrobi krzywdę, a gazu pieprzowego się nawdycha nie tylko Wasz przeciwnik, ale i Wy. Pisząc dalej tą historię widzimy jej makabryczny koniec, prawda? Dlatego ja nie mam przy sobie żadnych z tych rzeczy, a zamiast tego wożę miniaturową wersję dezodorantu. Znajdziecie takie w każdej drogerii, jednak polecam go trochę ulepszyć i obkleić czarną taśmą dla lepszego efektu. Co z takim dezodorantem zrobić? W momencie zagrożenia psikać w oczy. Po pierwsze taki spray też szczypie w oczy, a po drugie nawet jak w te oczy nie traficie, to zyskacie kilka sekund przewagi, kiedy napastnik będzie w szoku i macie szansę uciec. Na szczęście osobiście nigdy nie musiałam z tego korzystać, a dezodorant chronił mnie jedynie przed śmierdzącymi pachami.

Jeśli przebrnęliście do końca tego długiego wywodu, to chciałabym Wam serdecznie pogratulować! W tym miejscu odpowiem na chyba najczęściej zadawane mi pytanie - czy nie bałaś się sama podróżować po Indiach? Owszem, były momenty, w których się bałam, w których czułam się niepewnie, ale nigdy nie żałowałam decyzji o wyjeździe i na szczęście nigdy nie doszłam do tak kryzysowego momentu, by chcieć kupić bilet powrotny. Ja w Indiach się zakochałam, na szczęście nie miłością tragiczną. Tak więc czy się bałam? Chyba nie bardziej niż jadąc nocnym pociągiem nad morze, albo zbaczając z głównych ulic w Warszawie. Wszędzie trzeba na siebie uważać.




Zobacz również

0 komentarze