Wielka wyprawa (nie)wielkim autem.

21:44

Od początku wiedziałam, że wybranie się samej do wypożyczalni i zabranie auta na siebie  to nie jest dobry pomysł, bo z wiekiem jestem coraz bardziej nieogarnięta, ale chyba wmówiłam sobie coś zupełnie przeciwnego,  bo pewnym siebie krokiem weszłam do wypożyczalni. Myślę, że już od początku dało się wyczuć, że wkroczyła blondynka (już nie wspomnę o tym, że miałam na sobie przeciwdeszczową kurtkę wpierdolkę), bo moje pierwsze słowa to 'Dzień dobry, przyszłam po samochód', no jakby to kurde nie było oczywiste, bo przecież nie przyszłam po marchewki, albo samoopalacz. A jeśli nie spalilam się tym zdaniem, to kolejnym już na pewno, bo było to pytanie, że mam nadzieję, że ten Fiat 500 przed budynkiem nie jest dla mnie. No cóż... był. Ale kto by się przejął, corsa też sobie świetnie radziła z pokonywaniem dużych odległości, tylko że w kilometrach, a nie w milach, ale nie bawmy się w szczegóły.




Przy dokumentach zbiegli się wszyscy pracownicy, bo moja  książeczka z  międzynarodowym prawem jazdy była nawet więcej niż niespotykana. Oni uważali , że jest bardzo fajna i zjawiskowa, ja za to, że raczej żenująca. Do tego zagadki typu jaki jest szesnasty miesiąc w Polsce (Amerykanie najpierw podają miesiąc urodzenia, później dzień) i kilka innych drobnych rzeczy.
Dochodzi do płatności, a tu odrzucenie. Raz, drugi, trzeci. No i co ja teraz pocznę? Dolarów setki na koncie, a ja nie mogę nimi zapłacić. Na dodatek jestem sama dwie godziny drogi pieszo na camp i nie mam jak się skontaktować  z przyjaciółmi. No przecież to już można śmiało skapitulować i zapaść się pod ziemię.
Pani, która w międzyczasie zmieniła pana, który mnie do tej pory obsługiwał, zamiast się zezłościć, że zabieram jej tylko jej cenny czas, pozwoliła mi skorzystać ze swojego komputera  w jej biurze. I wcale nawet nade mną nie stała. Równie dobrze mogłam jej zabrać połowę dokumentów, ale ona przez dobrą godzinę nawet do mnie nie przyszła na dłużej niż na 5 sekund, zajmowała się tylko sobą i zupełnie jej nie interesowało co za wojenne  plany knuje. Równie dobrze mogłabym wykraść  połowę danych z jej komputera.

Okazało się, że na koncie miałam blokadę na płatność maksymalnie do 30 dolarów, więc nawet dobrych butów bym sobie nie kupiła, nie wspominając już o samochodzie. Klikam więc jak szalony informatyk, żeby to pozmieniać, ale zupełnie zapomniałam, że wbk przysyła kod na telefon, a mój wysłużony sony zepsuł się poprzedniego dnia. Masz Ci los. No i co teraz? Ani gotówką, ani kartą debetową zapłacić nie mogę, więc w sumie moją wypłatę mogę też wsadzić sobie głęboko w swoje powoli powiększające sie ciało. Nie mam numerów na moim amerykańskim telefonie do Polaków, no bo po co mi one? Jedyne numery na nim to do taksówkarza, do szefowej i do Billego. No to Billy- help me please! Billy poruszył niebo i ziemię, żeby znaleźc Kasię i transport dla niej. Ten człowiek biegał, a uwierzcie mi, on nie ro bi tego często. wszyscy, którzy byli wtedy w pracy naskoczyli na naszego kucharza, żeby puścił ją z pracy, więc nie miał większego wyboru. Później i tak dodał swoje trzy grosze, ale jakoś nie trafił do głębi mojego serca. Szefowa jakimś cudem przywiozła ją do mnie, chociaż przez całe wakacje ciężko jej  było nas zawieźć chociaż do kościoła.

No to akcja start! Wymieniamy karty w telefonach, żeby mógł do mnie dotrzeć kod na sms na przelanie grubych milionów.wszystko zmienione, sms doszedł, limit zwiększony w niebiosa do kwoty, której nawet na oczy nie widziałam  i próbujemy płacić. Znowu odrzuciło, a przecież pieniędzy wystarczająco i bogatsza już nie  będę. Zmieniamy więc kierowcę na Kasię, może mi po prostu nie jest dane mieć samochodu, a moja własna corsa się mści za to, że ją opuściłam. Jej kartę też odrzuciło. A może to po prostu dyskryminacja dla polskich kart kredytowych? No to dzwonimy do   Polski do WBK. Oczywiście przez pierwsze 4 minuty leciała piękna polifoniczna melodyjka,  którą będę pamiętać do końca swoich dni, a przez kolejnych 5 pani usilnie próbowała coś wymyślić, po czym zakończyła wrednie rozmowę 'Jak pani chce zapłacić, jeśli na koncie ma tylko 300, a wysyłają zapytanie na ponad 500?'. No cóż, dobrze że nas ściągnęła na ziemię i przypomniała jak to jest w Polsce z obsługą. Podziekuję, jakoś nie tęsknię. Małe nieporozumienie w zrozumieniu tego      co płacimy teraz, a co po powrocie, ale w sumie to lepiej  się nie przyznawać Pan i jakie z nas ciapy. Więc po raz kolejny do komputera i przelewam Kasi pieniądze. Jeszcze trochę i poczułabym się jak  haker wlamujący się do sieci danych Enterprise. No już nawet Pani powiedziała, że wyczuwa presje, a ręce jej się trzęsły pod niebieskim kubraczkiem. Ale poszło! No nareszcie poszło! Dźwięk drukarki w tym momencie był najcudowniejszym dźwiękiem w  całej galaktyce. cały salon krzyczy i bije brawa. W czasie oczekiwania Pani była przekochana, a reszta rzucała komentarze, że to oni nas przepraszają, że jesteśmy tak radosnei roześmiane, że chcieliby nas tu każdego dnia. Jak dadzą mi samochód, to mogę wpadać, a jakże. W sumie spędziłam w Enterprise 4 godziny (what a shame, stracić tyle godzin pracy), po raz kolejny spotkałam się z ogromną życzliwością i pomocą Amerykanów, z ich szczerym uśmiechem i 'fingers crossed'. Ci ludzie są niezastąpieni, mówię (a raczej piszę) to ze szczerego serca.
Wsiadamy do auta. Półautomat, mile, galony, gdzie jest tempomat? Matko, ile guzików! Jeśli do tej pory nie wzięli nas za głupie idiotki, to widząc nas w tym aucie raczej byli już tego pewni, bo kto normalny się cieszy do skrzyni biegów!? Ale po chwili Kasia już załapała i wróciłyśmy na camp przez pierwszą autostradę w naszym życiu w tym kraju.


Auto zrobiło furorę, Lewis za to stwierdził, że on za cholerę do niego nie wsiada i nigdzie nie jedzie. 'Are you f*cking kidding me?!  No fucking way! I'm NOT a gay!'. Sinead wsiadła i cieszyła się jak małe dziecko, bo w domu jeździ dokładnie takim samym. Wszyscy jednak zgodnie stwierdzili, że jesteśmy totalnie szaleni, że chcemy tym samochodem przejechać taką długą trasę. Nawet szef campu był zadziwiony! 'You are crazy! But enjoy your trip!' Musiał być naprawdę zszokowany, bo normalnie się do nas zupełnie nie odzywa. A później jeszcze do tego wyobrażali sobie Lewisa w nim i śmiali się jeszcze bardziej.



Wyruszyłyśmy! Nareszcie! Droga długa i prosta, pasy 2-3, czasem 4. Prowadziłam auto i tylko krzyczałam 'left!', 'right!'! Było po prostu pięknie!!!  Jechałyśmy terenem górzystym, otaczały nas skały     i wysokie lasy, a w oddali widoki jak z 'Władcy Pierścieni'. Lasy, mgły w dolinach, piękne niebo, zachodzące słońce. Nie da się tego opisać,a zdjęcia pokazują tylko mały procent tego porażającego piękna.
Po 6 godzinacg jazdy zmieniła mnie Kasia, krótka drzemka, wtulanko w jaśka i znowu jazda.



Dotarliśmy do Niagary i... małe zaskoczenie. Spodziewalam się miasta nad Niagarą, bo każdy mi to mówił, ale po kanadyjskiej stronie po prostu biły (!!!) światła, neony, wielkie hotele i kasyna.Zupełnie inaczej niż widać to na pocztówkach i filmach przyrodniczych.

Zostawiliśmy samochód na parkinguna 2 godziny (taki parking, który przez pierwsze dwie godziny jest za darmo, a później trzeba przestawić samochód, np. na miejsce obok) i poszliśmy  w nocy zobaczyć tęczową Niagarę. Kręcimy się i kręcimy, aż doszliśmy do rzeki. To co zobaczyliśmy bardzo nas... zasmuciło.  Cały taras widokowy ogrodzony, nigdzie nie można wejść, nic zobac zyć. Wszędzie siatki, wielkie kopary, żurawie, zamknięte trasy, taśmy, ostrzeżenia. Jeden wielki teren budowy. Po prostu postanowili wyremontować nam Niagarę akurat jak przyjechaliśmy, ale mi zaskoczenie, że trafiło akurat na mnie! No i tęczy brak, bo dojechaliśmy o 2, a wyłączają ją o północy. O 4 wrac amy do auta, czyli naszego hotelu i idziemy spać. Chrapu, chrapu, tak wygodnie, że hej! Samochód taki duży!

O 7 obudził nas Lewis, niby wyszedł do toalety, ale po godzinie dalej go nie było i już powoli zaczęłam się martwić gdzie ten chłopak   się zagubił. On  tu jeszcze lat nie ma, to co ja pocznę, jak przepadnie!? Ale wrócił, mówiąc 'I went for a walk and I have something for you!'  No najsłodsza rzecz ever.

Wszystko w śmiech i rura na parking Niagary. Zero przebierania, tylko gaz, więc skończyłam z jednym rękawem i bez butów. Okazało się, że gdybyśmy w nocy skręcili kawałek, to doszlibyśmy do pięknego widoku na wodospad. Prawda jest taka, że i tak byśmy widzieli ciemność, a nie wodospad. Z rana trzeba się przebrać z piżamy i umyć zęby , a na deser dokarmić wiewiórkę. No i jakie miejsc e jest do tego lepsze niż parking na przeciwko przejścia granicznego? No żadne, zwłaszcza jak cała straż graniczna się nam przygląda.


 Lecimy? Lecimy! Pierwszy widok: zamurowało. Naprawdę zamurowało. Wiedziałam, że to będzie wielkie, ale nie że aż tak wielkie.




Szybko sprawdzamy co nam tu oferują  i jest łódka za 17$, trochę dużo, ale przebyć taką długą drogę, zapłacić  trochę za białą strzałę (tak. tak ochrzciliśmy naszego Fiata), spać 4 godziny i nie popłynąć statkiem pod sam wodospad? No way!
Nawet nie wyobrażacie sobie jak ogromny jest z dołu. Jak myślałam, że z góry jest duży, to się myliłam.    Z dołu to totalne monstrum. Jest to najlepsze, co mnie spotkało w Stanach do tej pory (Kasia mówi, że u niej zaraz po tym jest pierwsze piwo), chociaż tak naprawdę woda tak dawała po oczach, jak porządne bicze wodne w aquaparku. Więc skończylo się na tym, że widziałam może połowę tego, co mogłam zobaczyć. A wiało tak, że nasze pelerynki zachodziły nam na twarz, przez co było nawet więcej radości, a napewno więcej piękna, jak ukryłyśmy nasze niewyspane twarze. Po prostu masy wody przelewające się tuż przed moim nosem. Przeżycie nie do opisania. Chciałoby się na tym rejsie zostać jak najdłużej, ale co najpiękniejsze nie może wiecznie trwać, więc dobiliśmy do brzegu.

Wróciliśmy do białej strzały na lunch, bo tyle emocji wzbudziło w nas niezły apetyt, ale zwykła przekąska byłaby zbyt prosta, dlatego biegałam z kanapką przez cały parking uciekając przed pszczołami.


Nad Niagarą jest bardzo dużo do robienia, niby taki wodospad, a atrakcji od groma. Za 38$ można kupić wejściówkę na wszystko, ale my skończyłyśmy na rejsie za 17$ i podejściu pod wodospad za 14$. Co mi się spodobało, to to, że do biletu na wejście dostaliśmy pamiątkową kartkę pocztową i pelerynki do ochrony  przed wodą z wodospadu. Za to na podejściu do wodospadu dostaliśmy kolejne pelerynki i bardzo stylowe sandały, które dostały miano najwygodniejszych butów na świec ie i nowych laczków do pracy (jak czas później okazało laczki wytrzymały tylko tydzień, a później złamały się na pół. Ale poza tym to wyczuwam buty podróżnika, bo prowadziło się w nich świetnie.




Wracając jednak do tematu, ubrani jak żółte teletubisie w tych stylowych laczkach ruszamy na odkrycia wodospadu. Szczerze mówiąc spodziewałam się, że podejdę za wodospad w jaskinię, bo wiem, że takowa istnieje, ale niestety została zamknięta pare(dziesiąt) lat temu i już nie jest dostępna dla turystów. Można sobie pooglądać tylko jej zdjęc ia. Jako rekompensatę stworzono szereg przejść, podestów i rusztowań pod samym wodospadem i jeśli ktoś uważa, że to slabe zastępstwo, to niech stanie pod uderzającą falą wody, bo czuje się wtedy jakby weszło się w wodospad. Jedyne co było dosyć przerażające, to że te wsz\ystkie pachołki, które podtrzymywały podesty kiwaly się na prawo i lewo i naprawdę nie mam pojęcia jakim cudem się to trzymało kupy, a nie spłynęło  z nurtem rzeki.



Poza tym wchodziliśmy wszędzie, gdzie się dało. Widzieliśmy wodospad z góry, z dołu, z boku i z frontu, więc zabrakło zobaczyć go tylko od środka, ale jeszcze nic straconegom, zawsze można wrócić.




N akoniec, żeby odpocząć przed powrotem położyliśmy się na chwilę na trawce, a skończyło się to tak, że obudziliśmy się po dwóch godzinach. No większym debilem być nie można, bo telefony, portfel, tablet na wierzchu. Ale oczywiście nic nie zniknęło . Wsiadamy do auta i smutek i żal ogarnął nasze młode skołatane serca, bo tak bardzo nie chcieliśmy wyjeżdżać. Ale kiedyś zawsze nadejdzie czas, żeby wrócić do ukochanej pracy.


Podroż powrotna odbyła się bez większych przygód, może omijając ten moment, kiedy prawie wjechałam w barierki i wciągnąl nas pod siebie telepoczący się tir.




Następnego ranka zostaliśmy przywitani z uśmiechem w Enterprise, a Fiat okazał się Sophią, ale tylko przez akcent.
Mogę z ręką na sercu polecić Enterprise  wszystkim, którzy zechcą wypożyczyć samochód,  bo firma jest naprawdę przyjazna, a na koniec odwieźli nas za darmo do domu.
A z takich dodatkowych rzeczy: tak, to prawda, że jest tam mnóstwo Azjatów. Do tego od siebie dodam, że jest mnóstwo ludzi z Indii.

Zobacz również

0 komentarze