Golden Circle

19:16

Dobra, kolejny dzień też zaczęliśmy w Reykjaviku. Takie gadanie, że to miasto jest szare, woda śmierdzi zgnitym jajem, a człowieka spotkasz raz na trzy przecznice, ale tak naprawdę, to źródło ciepłej wody i spanie na poduszkach daje taki luksus, że moglibyśmy wracać tam jednak częściej. Więc nie słuchajcie tych złych rzeczy, które mówiłam, to miasto dalej ma swój urok. Wracając jednak do naszego powstania o poranku. Tego dnia mieliśmy w planach Golden Circle, czyli 'must see' jeśli jesteś na Islandii. Mówią, że to taka Islandia w pigułce ze względu na widoki. My doznaliśmy tą pigułkę trochę bardziej dosłownie.


Wyczołgaliśmy się ciężko z tych łóżek, na śniadanie owsianka i kisiel (to stało się małą tradycją, żeby zajadać bezsmakową owsiankę sztucznym kisielem, chociaż na początku humus stwarzał konkurencję dla tych dwóch posiłków, ale ku radości chłopaków dosyć szybko się skończył). Ruszamy więc zwarci i gotowi (i obciążeni) na przystanek. Miał być blisko, a okazało się, że jednak był trochę dalej, musieliśmy minąć kilka stacji benzynowych, kilka marketów i dopiero dotarliśmy na przystanek. Chciałam tylko dodać, że połowa z tych sklepów była zamknięta, a w drugiej połowie nie mieli butli, więc w naszą podróż ruszamy bez butli. Nie wiem jak będziemy gotować posiłki, będzie trzeba improwizować. Jakiś taniec ognia, kamień o kamień, coś wymyślimy. Dobra, wróćmy do tego stopa, bo to dosyć istotny fakt. Jakby nie patrzeć, to właśnie ten rodzaj transportu wybraliśmy sobie jako jedyny, by zwiedzić wyspę. Tak więc nasz pierwszy wybawiciel podjechał w postaci Mirka. Mirka Polaka, a więc już pierwszy stop potwierdza, że warto było machać tą flagą (na Islandii pracuje bardzo dużo Polaków, poza tym Islandczycy kochają polskie Prince Polo, więc flaga może bardzo pomóc w łapaniu). Mirek chciał być bardzo pomocny i za wszelką cenę chciał nas zawieźć na przystanek autobusowy i myślę, że gdyby tylko mógł, to wepchnąłby nas do tego autokaru. Na szczęście autokaru nie było, ale nie zmienia to faktu, że jego chęci były naprawdę tak ogromne, że zawiózł nas hen daleko za naszym skrzyżowaniem i szczęśliwy, że zrobił dobry uczynek odjechał. My za to zostaliśmy na jakimś zadupiu, gdzie samochody praktycznie wcale nie jeździły, więc pieszo ruszyliśmy w stronę ronda, z którego mieliśmy nadzieję złapać jakąś luksusową furkę w stronę Golden Circle. Właśnie dokładnie w tym miejscu zaczęliśmy dosyć intensywnie czuć tą 'pigułkę', kiedy zaczął na nas lać deszcz. Wyobraźcie sobie największą ulewę w Polsce. To tak właśnie wygląda standardowy deszcz na Islandii. Na całe szczęście zatrzymał się jakiś bus z instruktorami jazdy konnej, którzy jechali busem z polskimi napisami 'wyjście ewakuacyjne'. Polska siła! Dojechali do ronda i krzyczymy, żeby zatrzymali się 'no gdzieś tutaj', na co oni... po prostu wjechali na wysepkę na środku ronda i się z nami pożegnali. No cóż, Szwedzi się chyba nie cackają z przestrzeganiem zasad drogowych. Nam to oczywiście specjalnie nie przeszkadzało.








Kiedy już nas wyrzucili na tym rondzie, to nadszedł czas, żeby się rozdzielić. W czwórkę stopa łapie się dosyć ciężko, więc podzieliliśmy się na dwójki i tak próbowaliśmy kogoś zachęcić do zabrania naszych tyłków swoim autem. Ja nie mam za bardzo cierpliwości do łapania, więc szybko ubrałam strój tygryska, tylko, że to też specjalnie nikogo nie zachęciło. Machamy, wołamy i nic. Tygrysek chyba specjalnie nam i tak nie pomógł, bo auto zatrzymało się dopiero w momencie, kiedy przyodziałam na niego kurtkę. Na całe szczęście chłopcy złapali stopa dosłownie trzy minuty po nas i mogliśmy spotkać się na naszym pierwszym planowanym przystanku, czyli płytach tektonicznych. Zanim jednak się spotkaliśmy, to nasz pan kierowca poopowiadał nam ciekawe rzeczy, m. in. o historii Islandii i o tym, jaka ma być jutro pogoda. Podrzucił nas nawet bliżej, żebyśmy nie musieli targać naszych plecaków. My i tak postanowiliśmy, że ich targać nie będziemy, tylko weszliśmy sobie na górkę i skitraliśmy plecaki pod plandeką, za skałą, nieopodal krzaczka (kaczki dziwaczki nie było). Czailiśmy się na tą miejscówkę dosyć długo, żeby nie było za dużo widzów, więc mam nadzieje, że kiedy po nie wrócimy, to jeszcze tam będą!



Ruszamy sobie powoli w stronę punktu widokowego i tak zupełnym przypadkiem trafiliśmy na chłopaków. Oni poszli w swoją stronę, a my w swoją, umawiając się przy mostku. Caaaały czas padał grad (kolejna 'pigułka'), deszcz i śnieg (o, kolejna!) i tak w kółko. Więc mokłam i mokłam, bo moja super kurtka z Holandii okazała się być przemakalna. My się jednak nie poddajemy, lecimy dalej! Chciałam się po drodze włamać do toalety dla personelu, bo normalna była płatna, ale jakaś pani mnie przyłapała i uprzejmie wytłumaczyła, że toaleta to jednak nie tutaj. Chyba chciałam się jednak włamać do jakiegoś kantorka na miotły. To trochę jednak boli, kiedy za toaletę musisz płacić w setkach. Same płyty tektoniczne? Śmieszne uczucie być tak naprawdę w dwóch miejscach na raz. Raz po stronie europejskiej, a zaraz po amerykańskiej. Co chwile schodziliśmy z wyznaczonych ścieżek dla turystów i Wam to też bardzo polecamy, bo z przepaści widoki są nieziemskie (oczywiście jak stoisz nad przepaścią, widoków jak spadasz nie sprawdzaliśmy), a te które widać z kładek się chowają.
Wróciliśmy na umówiony mostek i razem poszliśmy w miejsce, gdzie można nurkować za jedyne 400 złotych. Tanioszka, co nie? Tutaj została po raz pierwszy przetestowana kamerka. Filmiki nagrywam Xiaomi Yi, ale niech Was nie zrazi jakość tutaj, bo po prostu mój internet nie potrafi wgrać lepszej. W każdym razie oryginalne nagrania miażdżą i myślę, że Xiaomi powinno mi płacić za reklamę.









Dalej poszliśmy na wodospad i z wodospadu, przez śnieżne zaspy na drogę asfaltową. Niezmiennie przez cały ten czas padało, padało i padało. Droga się ciągnęła i ciągnęła, a tam dalej padało. Dotarliśmy wreszcie do schroniska, co zajęło nam dobrą godzinę i pobiegłam do toalety, jak tylko ją zobaczyłam. Kiedy już do niej weszłam, to już z niej nie wyszłam. Było tam cieplutko, grzejnik grał, elektryczna suszarka suszyła ciuchy. Rękawiczki i czapka na grzejnik, suszę kurtkę, aż w pewnym momencie chłopacy stwierdzili, że coś długo mnie nie ma. Kiedy też weszli do tej toalety, to wszyscy na raz 'JAK TU JEST CIEPŁO!' i zgodnie stwierdzili, że już się stąd nie ruszają. Tak było do momentu, aż Marek spalił suszarkę i bezpieczniej było się jednak ewakuować. Z bólem serca opuściliśmy nasz przytułek i ustawiliśmy się przy drodze. Przecież nie możemy skończyć na jednym widoczku tego dnia! Po dłuuuugim czekaniu zatrzymała się para Polaków i wtedy przyszedł czas, żeby się rozdzielić. To nie była łatwa sprawa, bo przecież mieliśmy spędzić cały ten dzień razem, a tak Marek wraca, a my jedziemy w dalszą drogę.




Para Polaków okazała się być bardzo sympatyczna i zabrali nas najpierw na Geysir, a później nad wodospoad. Po Parku Yellowstone spodziewałam się, że poczekamy trochę na wybuch gejzeru, ale okazało się, że strzela co 5-10 minut na wysokość około 35 metrów. Stoisz sobie spokojnie, leci na Ciebie cieplutka para (dopiero później się zorientujecie, że przecież przez to jesteście tylko bardziej mokrzy), a tu nagle JEB JEB BUM i wybucha prosto na Was (dokładnie, jesteście przez to już totalnie bardziej mokrzy). Tak, stanie pod takim gejzerem, kiedy jesteś już cały przemoknięty raczej nie należy do najrozsądniejszych rzeczy na świecie, ale przeżycie niezapomniane. W końcu ile ludzi na świecie miało okazję poczuć na sobie wybuchający gejzer? Poza tym wkoło znajduje się mnóstwo gorących źródeł, ale nie robią już takiego efektu. Po prostu sobie trochę bulgotają.




Trzecim elementem Golden Circle jest wodospad Gullfoss. Na niego również dostaliśmy się z dobrze nam już znaną parą Polaków i tam niestety się rozdzieliliśmy. Wodospad raz, że robi piorunujące wrażenie, bo jest naprawdę piękny i naprawdę duży, to do tego ma poruszającą historię. Mianowicie w 1920 roku powstał projekt zapory właśnie na tym oto wodospadzie. Firma dostała pozwolenie, pomimo tego, że przeciwny budowie był sam właściciel ziemi, a jego córka groziła, że jeśli projekt dojdzie do skutku, to ona sama rzuci się z wodospadu. Koniec końców, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze i firma po prostu nie zapłaciła za dzierżawę terenu i projekt przepadł, a my możemy cieszyć oczy tym pięknym widokiem po dziś dzień. My zdecydowaliśmy się ruszyć na to piękne miejsce jeszcze tego samego dnia, ze względu na to, że mapa pokazywała niezłe miejsce noclegowe. Były domki, za którymi możnaby rozbić namiot, toaleta, a do tego jakaś kawiarenka. Czar prysł, gdy tylko weszliśmy po schodach do tej 'bazy'. Wiatr taki, że ukrycie jednej ściany namiotu za budynkiem by nas w żaden sposób nie uratował. Kawiarnia zamknięta, więc nie będzie wrzątku, a najgorsza wiadomość- toaleta też zamknięta. Nie ma gdzie się schować, gdzie się najeść, gdzie wysuszyć i gdzie się umyć. Pada szybka myśl i szybka decyzja. Tak bardzo stęskniliśmy się za Markiem, że do niego wracamy. Tylko jak to zrobić, kiedy nie ma praktycznie już żadnych samochodów? Proste. Nie czekając na reakcję chłopaków ruszyłam do samochodu i pukam jakimś Azjatom w okno auta. Jedziecie do Reykjaviku? Nie? Do Keflaviku? Też może być, weźmiecie nas? Obojętnie gdzie, byleby było tam sucho. Myślę, że zgodzili się tylko dlatego, że byli w ciężkim szoku i zawieźli nas nawet do Reykjaviku, bo stwierdzili, że nie robi im to większej różnicy. W ten oto sposób znaleźliśmy się w ciepłym, suchym aucie w drodze do ciepłego, suchego mieszkania Marka. Podczas godzinnej jazdy Azjaci chyba jednak się skomunikowali, że trochę ich zrobiliśmy w bambuko i wyrzucili nas przy pierwszym wjeździe do miasta. Trochę daleko od domu, ale lepsze to niż nic. Ruszamy więc z buta z tymi kilogramami na barkach, byle do przodu! Doszliśmy na przystanek i w akcie desperacji myślimy- dobra, bierzemy autobus, jeszcze kawał drogi przed nami. Okazało się jednak, że złapanie autobusu wymaga ogromnego wkładu własnego i silnej woli, bo autobusy to na tych przystankach zatrzymują się chyba tylko jeśli BARDZO chcesz je zatrzymać. Standardowe stanie na przystanku nie wystarcza. Po trzecim autobusie się poddaliśmy i ruszyliśmy dalej pieszo. Świat nas jednak kocha, bo zesłał nam na drodze wózek sklepowy, który dzielnie wziął na swój koszyk nasze plecaki i tak dotarliśmy już pod sam dom Marka. Do tej pory nie wiemy, czemu krzywo na nas patrzył po tym, jak mu powiedzieliśmy, że zaparkowaliśmy równolegle wózkiem sklepowym pod jego domem.




PS. Nawet nie wiecie, jakie to super uczucie być w suchych ciuszkach w ciepłym miejscu. Nie miałam pojęcia, że zmokłam do tego stopnia, że mogłam spokojnie wyciskać moje ubrania.



Zobacz również

0 komentarze