Auto Stop Race 2017- mój pierwszy raz.

22:10

Tegoroczny Auto Stop Race był moim pierwszym, więc od razu możecie założyć, że opinia będzie bardzo subiektywna, bo miałam mnóstwo „pierwszych razów” i efektów „wow”. Nie znaczy to jednak, że opis będzie przekoloryzowany, o nie! Wydarzenie było świetne i mówiły to też osoby, które na wyścigu były już któryś raz. Zacznijmy jednak od początku.

Co się dzieje przed startem?

Całe zamieszanie zaczyna się jeszcze na długo przed samym wyścigiem, kiedy to dopiero zbiera się team, który stworzy dla nas to niesamowite wydarzenie. Dla uczestników pierwszy moment ekscytacji następuje trochę później, gdzieś na początku marca, kiedy to ma miejsce ogłoszenie destynacji. Myślę, że to właśnie wtedy zaczyna się szaleństwo na ASR, bo wiemy, gdzie w tym roku pojedziemy i wszyscy nastawiają się na zapisy. No właśnie, zapisy. Myślicie, że na ASR może pojechać każdy? Tu się niestety mylicie. Wyścig ograniczony jest do 1000 osób, a w tym roku miejsca rozeszły się w nieco ponad minutę. Chętnych było podobno 8 tysięcy! Ludzie mają na zapisy nawet swoje „systemy”. Dane zapisane w notatniku, gotowe na „kopiuj-wklej” i całe rodziny przed komputerami. To wszystko i tak na nic, jeśli… padnie Wam łączę chociaż na sekundę! Słyszałam nawet, że ktoś kupił specjalnie szybki Internet, by mieć pewność, że szanse na zapisanie się nie przepadną. Udało się zapisać? Gratulacje! Jeśli nie, to macie dalej szansę zgarnąć pakiet w licznych konkursach, czy na portalu Polak Potrafi. Możecie też wziąć udział w ASR przez wykupienie jednego z 500 pakietów wspierającego, który upoważnia Was do dostępu do wszystkich atrakcji na mecie, ale nie do brania udziału w samym wyścigu i walki o nagrody. Możecie więc wygodnie dojechać na camping swoim samochodem i świetnie bawić się ze wszystkimi na miejscu docelowym. Nikt nie zabrania wspierającym jechać stopem, ale należy pamiętać, że nie walczycie wtedy o podium w wyścigu, robicie to tylko dla siebie.



Kilka dni przed.

Co spakować?! Którą trasą jedziemy?! Jaka wylotówka?! Dobrym pomysłem jest konsultacja ze wszystkimi znajomymi, którzy już brali udział w wyścigu i mają swoje złote rady. Upewnijcie się też co znajdziecie w pakiecie startowym, by nie powielać bagażu, jak np. peleryny przeciwdeszczowej, czy okularów przeciwsłonecznych. Z ciekawszych pomysłów: szpitalne, foliowe kapcie, by Wam buty nie przemokły, a jeśli już tak się stanie, to żeby wsadzić do środka obuwia podpaskę, która świetnie wchłonie całą wodę (no serio, nie wpadłabym na to!). Sama na szczęście nie musiałam korzystać z tych odkryć, bo pogoda nam idealnie dopisała, ale przydatne rady na przyszłość!
Co do wyboru trasy to chyba nie ma reguły. Jedni jechali przez Słowację, inni przez Czechy, a kolejni przez Niemcy (w tym ja). Wszędzie czekały na autostopowiczów kolejki, tłumy uczestników z innych wyścigów i martwe stacje. To, kiedy dojedziesz, naprawdę zależy od szczęścia.





Gotowi? START!

Z końcem kwietnia nadchodzi ten cudowny dzień, plecak spakowany, herbatka w termosie, kanapki robione jeszcze przed wschodem słońca i o 7.30 jestem już na starcie. W tłumie ludzi szukam mojej pary, którą zobaczę drugi raz w życiu. W międzyczasie orientuję się, że trzeba było mniej spakować, bo plecak trochę za ciężki. Jest lekki stres jak to będzie, ale przecież musi być dobrze, prawda? Jest i ona, moja para! Uśmiechnięta od ucha do ucha, od razu poprawia mi się humor. Ustawiamy się w kolejce po pakiety pełne Grześków i kabanosów (halo, organizatorzy, za rok poproszę o jakieś wegetariańskie substytuty). Witamy się ze znajomymi i sprawdzamy rozrywki zapewnione przez organizatorów na starcie. Niesamowite, jeszcze nie wyruszyliśmy, a oni już się postarali, żeby nie było nudno. W powietrzu unosi się jakaś taka pozytywna aura, ale czuć lekkie napięcie, każdy chce już ruszać. Z małym poślizgiem, gdzieś koło godziny 10 rozpoczynamy odliczanie. 3, 2, 1! Wszyscy biegiem ruszamy na autobus, tramwaj, pociąg - byleby za miasto.



TRASA

Ja zdecydowałam się na wylotówkę w Kątach Wrocławskich, na które dostałyśmy się pociągiem. O wiele mniejsza konkurencja, niż na takich Bielanach, ale nie znaczy to wcale, że przez to było dużo łatwiej. Pierwszego stopa, do tego tylko do Legnicy, złapałyśmy dopiero po godzinie 13. Zapadnie mi on jednak długo w pamięci, ponieważ zapisał się jako najszybszy kierowca w moim życiu, kiedy na liczniku pojawiło się 260 km/h. Ostrzegał nas, że lubi szybko jeździć, ale chyba nastawiłam się na trochę mniejsze prędkości, bo serce podeszło mi do gardła. Na kolejnej stacji zabrała nas świetna kobieta, która pierwszy raz zgodziła się na autostopowiczów. Właśnie to jest piękne w tym wyścigu, że przekonuje ludzi do jeżdżenia stopem, ale także do zabrania po raz pierwszy pasażerów. Zawsze przy kierowcach „pierwszakach” staram się zostawić jak najlepsze wrażenie, by tylko zachęcić ich do wspólnej podróży z autostopowiczami. Nasz ostatni stop tego dnia też był piękny, bo sama podeszła do nas dziewczyna, która kiedyś brała udział w wyścigu i chętnie nas zabrała. Nie wyjechałyśmy tego dnia z Niemiec, ale przynajmniej nie utknęłyśmy w Polsce, bo i takie pary się znalazły (pozdrawiam Kubcio!).

Nie chcę opisywać tu każdego kierowcy, choć każdego pamiętam , ale warto wspomnieć o historii, która przydarzyła nam się kolejnej nocy, kiedy utknęłyśmy w Villach w Austrii, a także o dwóch stopach już w samej Chorwacji.

Dla mnie w autostopowaniu właśnie to jest najpiękniejsze, że trafia się na cudownych, inspirujących ludzi.  Osoba pierwsza. To ten moment, kiedy lądujesz praktycznie w centrum miasta i chociaż wiesz, że kierowca chciał jak najlepiej, to wiesz też, że jesteś w totalnej dupie. Wtedy przychodzi do Ciebie Człowiek Zbawienie, który z uśmiechem na twarzy mówi, że kiedyś też brał udział w ASR i chętnie nas podwiezie. Powinnam raczej napisać ‘brała’, bo była to Joanna (w tym roku rusza w świetną podróż, trzymajcie za nią kciuki!).

Zdarzają się czasem też tacy kierowcy, którzy nie tylko zbliżą Cię do Twojego celu, ale także zdradzą kilka historii i pokażą niesamowite miejsca. Taka też osoba trafiła mi się już w drodze powrotnej do Polski. Był to mężczyzna, który zjechał naprawdę kawał świata, ale przy tym był skromny, a jego marzeniem była uprawa oliwek i wypasanie owiec. I wiecie co? Właśnie to robił. Co prawda tylko pomiędzy normalną pracą jako menadżer w sieci hoteli, ale dąży, by stało się to jego sposobem na życie.



Najbardziej w pamięć zapadł mi Kanadyjski Surfer. Otrzymał taki przydomek, dlatego, że wyglądał trochę jak surfer, a trochę jak mechanik (i ten bród pod paznokciami…), ale skąd wzięła się Kanada? Wyglądało to tak, że miał nas zawieźć tylko jedną wioskę dalej, a stwierdził, że nadrobi trochę kilometrów i podrzuci nas aż na samą metę, czyli dobre 40 km. Jako że przed nami mniej więcej godzina drogi, bo przemieszczaliśmy się małymi ulicami pomiędzy miasteczkami, to mieliśmy sporo czasu, żeby porozmawiać o życiu. Przewinęło się kilka tematów, aż dotarliśmy do podróży. Surfer pochwalił się, że był w Kanadzie, ale w odpowiedzi na moje pytanie jak mu się podobało, powiedział, że „Niezbyt, bo siedziałem tam w więzieniu”. Czujecie to? Przed Wami jeszcze trochę drogi, Wasz kierowca nagle okazuje się być byłym więźniem, wyobraźnia działa, już widzisz jak Cię wywozi gdzieś do lasu, zabija i sprzedaje Twoją nerkę i nie wiesz czy wyskakiwać przez okno, czy płakać i wołać mamę. Nic z tych rzeczy jednak nie zrobiłyśmy. Pociągnęłam rozmowę i okazało się, że siedział w więzieniu przez tydzień, za to, że nielegalnie pomagał emigrować ludziom do Kanady. Był najbardziej niewinną istotą na świecie, nie chciał zrobić nic złego, nie rozumiał dlaczego ktoś nie może wjechać do innego kraju, jego największą pasją jest wspinanie się po drzewach i regularnie pisze podania do rządu o złe traktowanie krów mlecznych. Wow.



Największym zbawieniem były dwie dziewczyny z Austrii. Po tym jak wylądowałyśmy o 3 w nocy na zamkniętej stacji benzynowej w jakimś małym miasteczku, w którym średnio co 30 minut pojawiała się jakaś żywa dusza – totalnie straciłyśmy nadzieje na to, że jeszcze gdziekolwiek kiedykolwiek dojedziemy. Zjawiły się na to one, nasze wybawicielki. Opowiedziałyśmy im całą historię o tym, jak to poprzednia dziewczyna miała nas zawieźć na kolejną stację na autostradzie, a wywiozła tutaj, zaproponowałyśmy, że im zapłacimy, byleby tylko nas wywiozły znowu na autostradę. Zgodziły się, ale zaczęły strasznie błądzić, nagle nam powiedziały, że muszą pojechać po swoje paszporty, zaczęło się robić dziwnie, a my się coraz bardziej denerwowałyśmy, bo chciałyśmy już wreszcie wrócić na autostradę i zacząć coś łapać. Co one zrobiły? Potrzebowały paszport, by przejechać przez granicę do Słowenii i zawieźć nas kilkaset kilometrów na obwodnicę stolicy tego kraju. Byłyśmy w szoku! Spadły nam z nieba, nie wiedziałyśmy jak dziękować, ale nie chciały od nas pieniędzy (zresztą nie miałybyśmy pewnie takiej kwoty, żeby oddać im za tak duży dystans). Kupiłyśmy im więc śniadanie i kawę na drogę powrotną, obdarowałyśmy polską wódką i piwami. To będzie chyba historia, którą będę opowiadać za każdym razem, gdy ktoś mi powie, że autostop to strasznie słaby pomysł na podróżowanie. Dla mnie to najpiękniejsza z możliwości.




META

Moment, w którym po kilku dniach podróży, kiedy jesteś naprawdę już brudna, wiesz doskonale, że śmierdzisz i jedyne o czym marzysz to łóżko, prysznic i zimne piwo, to moment, w którym naprawdę musisz już dotrzeć na metę. Myślę, że my dojechałyśmy w idealnym czasie, bo jeszcze jedna noc w trasie spowodowałaby niezły kryzys. Emocje, które towarzyszą Ci przy dotarciu do celu są nie do opisania, naprawdę. My zaczęłyśmy skakać, krzyczeć i płakać jednocześnie. To naprawdę była ulga, że to już, że już koniec, że teraz czeka nas tylko hamaczek, leżaczek i basen. Nie przeraziło nas nawet stanie w długiej kolejce, by się zameldować (308 miejsce!), a później by odebrać domek. Naprawdę się tam trochę nastałyśmy, ale co chwilę przewijały  się znajome twarze, a wszyscy  rzucali pozytywną energię, albo piwem.



Klimat ASR jest naprawdę nie do opisania. To był mój pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni. Nigdy wcześniej nie byłam w miejscu, gdzie dzieje się tyle rzeczy (o atrakcjach w osobnym poście!), jest tyle pozytywnych ludzi i każdy sobie jakoś pomaga. Magia! Jechałam tam nie wiedząc czego się spodziewać. Znajomi opowiadali mi, jak to jest tam świetnie, że będę się bawić, jak nigdzie indziej, ale ja cały czas mówiłam „pożyjemy, zobaczymy”. Nie chciałam się nastawiać na wielkie wow, a później się rozczarować. No i się nie rozczarowałam, ale żeby zrozumieć wszystko to, o czym tu opowiadam naprawdę trzeba przeżyć to na własnej skórze. Zapraszam Was więc serdecznie, byście za rok spróbowali wystartować, a jeśli nie uda się zgarnąć pakietu, to by nie skreślać też wyjazdu jako wspierający, bo ta opcja też jest świetna! To co, widzimy się za rok?






Zobacz również

3 komentarze

  1. Pewnie, że widzimy się za rok! To będzie mój 7 ASR i raczej ostatni (trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść... :D). Cieszę się, że tak Ci się podobało. ASR i BIT łączą ludzi, prawda? Fajne historie osób, które Was podwoziły, trzymam kciuki za Joannę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbardziej rozczuliła mnie historia Kanadyjskiego Surfera i jego pisanie podań do rządu o złe traktowanie krów. Niesamowite historie :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Gadulec ciągnij to do trzydziestki! :D

    OdpowiedzUsuń