Ze mną się nie napijesz?

02:06

Co się dzieje kiedy normalnie imprezujesz (mniej, lub bardziej)  co weekend, a później  trafiasz na campa z milionem dzieci, gdzie ani potańczyć, ani wypić, a do najbliższej cywilizacji   godzina (przy dobrych wiatrach) drogi z buta. No zazwyczaj ludzie wtedy trochę szaleją. No np. nasza koleżanka z Walii, której ulubionym zdaniem po pracy przez ostatnie 3 tygodnie było 'Napiłabym się wódki'. Biedna dziewczyna, lat 19, nawet nie może legalnie pojechać do pubu, więc cierpiała męki.




Nadszedł wreszcie ten dzień, kiedy całe kitchen staff miało już serdecznie dosyć patrzenia na codziennie pijanego szefa kuchni (no bo stary, jak już chcesz pić w pracy, to chociaż podziel się z młodzieżą). No więc  jak to bunt przejawia  się w każdej młodej krwi, nadszedł i czas na nas.

Sobota, imieniny kota, a tutaj znaczy to tyle, że połowa osób znika z campu. Legalnie poprosiliśmy o podwózkę do sklepu i żeby odebrali nas za 2 godziny.
W Wakefield sklep monopolowy spełnia wszelkie standardy (i to na tyle, że aż zgubiłam po drodze telefon, którego poczciwi Amerykanie oczywiście nie ukradli). Można tu kupić wino za 199$  , ale też za 7$ (zapewne nie zgadniecie, które wybrałam! A jestem pewna, że to moje było o wiele bardziej wyborne od tego za 199$).  Głównym celem poszukiwania było jednak coś innego, a mianowicie dobra, tania wódka. No to jaką znaleźli mali poszukiwacze? No oczywiście, że polską! Soplica, większa niż kiedykolwiek spotkałam w Polsce, bo aż 1.75l (widzicie tą wielką butlę? Bo niestety mój aparat jej nie ujrzał) za jedyne dwadzieściapare dolarów za butelkę (w przeliczeniu na złotówki wychodziło bardzo korzystnie). Podchodzimy z naszym dobytkiem do kasy  i tu uwaga dla wszystkich przyszłych podróżników- w większości   miejsc nie kupicie alkoholu bez paszportu. Czasem przejdzie ISIC, ale nigdy nie udało się z polskim dowodem. Po prostu te dokumenty są w Stanach za łatwe do podrobienia, a do tego oczywiście nikt nie wie, jak wygląda polski dowód. Z racji tego, że kupowałyśmy 6 litrów wódki (nie, nie, to nie tylko dla nas!), zgrzewkę piwa i litr wina, to obsługa zaczęła się z nas trochę śmiać, ale koniec końców, osoba, która płaciła musiała wypełnić stronę w książce klientów, gdzie pisała swoje dane (jak najwyraźniej polski adres. Nie wiadomo po co to, ale lepiej, żeby nas nie znaleźli).

Krok pierwszy zaliczony, towar jest. Teraz tylko trzeba tylko to jakoś tak zrobić, żeby nie wnieść butelek na camp, bo później jest problem z ich utylizacją. Tak więc przezorny, zawsze ubezpieczony, więc całkiem przez przypadek miałyśmy w plecakach jakieś 20  pustych butelek po wodzie i bidonów. Dobrze, że Lewis  i Monika stwierdzili, że już naprawdę czas najwyższy coś zjeść. Zaszliśmy więc do Moe's, czyli kolejnej sieciówki z fast foodami, które podobno są 'must see'(albo raczej must eat) i niestety tak samo jak Five Guys okazało się lekkim rozczarowaniem. Bo jedzenie nie było złe, ale też nie było zjawiskowe (plus za milion napoi, było nawet piwo anyżowe). Jedzenie meksykańskie, czyli tortilla, tacos i dużo salsy, no bez szału smakowego i cenowego.
Wróćmy jednak do tematu. Skoro jesteśmy w restauracji (ładnie powiedziane), to znaczy, że jest to idealne miejsce do przelania naszego trunku w plastikowe butelki, bo jest tu przecież... zamykana toaleta! I tak każda weszła po kolei   do toalety i przelała 2 litry alkoholu do 4 plastikowych butelek po wodzie. Obsługa pewnie się zdziwiła jak zobaczyła wieczorem zawartość śmietnika, bo Monika uznała to miejsce za idealny schowek na pustą butelkę. Jakby nigdy nic, dzwonimy po nasz transport i wracamy do campu. Dobrze, że tutaj jest  cały czas gorąco, to przynajmniej nikogo nie zdziwiło, że mam w plecaku 10 butelek wody.
Planowana (od całego jednego dnia) impreza pokrywała się z urodzinami dwóch Polek, więc tym bardziej nie było można sobie odpuścić. Każdy wie, że jeśli dziewczyny robią imprezę, to jest na niej coś więcej niż tylko alkohol, no więc i my się poczułyśmy do obowiązku by coś przygotować. Całe szczęście przez to, że pracujemy na kuchni, wykradanie jedzenia stało już dla nas trochę rutyną. Kubki, talerzyki, wszystko jest. Tylko skąd zabrać kieliszki? Monika, wielka improwizatorka, oczywiście je znalazła. Nie wiem jaki geniusz to wymyślił, żeby dać dzieciom na wodę mini kubeczki w biurze, ale nas tym uratował, przez co mieliśmy najsłodsze na świecie kieliszki (niestety stanowczo jednorazowe).

Dziewczyny zrobiły nawet dekoracje z bibuły i nagle nasz szemrany domek wyglądał zacnie. Z racji tego, że miało być nas sporo, to trzeba też zorganizować stoły i krzesła. I jak zawsze- kuchnia okazała się idealnym miejscem na odnalezienie odpowiedników. Tylko chyba głupio wyglądałam wyparzając o 22 plastikowe skrzynki. Goście są, kiecki są, jedzenie i alkohol- są. Tak więc najwyższy czas zacząć party! Kasia polewa do kieliszków, a Brytyjczycy zdziwieni. Chciałabym zauważyć, że jedna z dziewczyn pracuje na codzień w barze, a była zdziwiona najbardziej. No bo u nich się tak nie pije! W życiu nigdy nie pili w ten sposób. Jeśli wódka to tylko w drinkach (maks pół na pół), albo na zasadzie kamikaze. Ale dziewczyny twierdziły, że piją dużo i często. Efekty tego było widać, ale o tym później.

Były śmiechy, chichy i gra 'Who do you want to kill, fuck, and marry?'. Jak wiadomo wspólni wrogowie jednoczą, więc po 'kill' pojawiła się spora integracja w grupie. Fajnie było pożartować sobie wspólnie, a nie tylko ciągle pracować. Maciek znalazł nawet dwie nowe żony i nie mógł się zdecydować, którą wybrać.


Chwila przed 24 , biegniemy do lodówki  po tort (Monika nawet zapomniała założyć buty). Świeczki odpalałyśmy chyba pięć razy, ale gdy wreszcie weszłyśmy, to wszyscy na raz zaśpiewali głośne sto lat w trzech językach (wersja z Walii trochę się różni od tej angielskiej). Zdmuchują świeczki i Kasia mówi, że zawsze miała marzenie, żeby wsadzić twarz w tort. No kurde, dlaczego nie, przecież urodziny są od tego, żeby spełniać marzenia i w ten sposób tort skończył na twarzy Kasi, a to przerodziło się w... prawdziwą tortową bitwę. Każdy obsmarowywał każdego, wszyscy byli w czekoladzie, moja sukienka zmieniła kolor na brązowy, a dodatkowych barw dodała bita śmietana  i kolorowa posypka. Jestem pewna , że do końca mojego pobytu tutaj będę znajdować bitą śmietanę w dziwnych miejscach, bo np. Kasia z nią spała, Agata znalazła ją w majtkach. Wracając do bitwy, która trwała nieprzerwanie, wszyscy już brudni, brązowi, w posypce, a tu nagle pojawia się Jorge, pięknie ubrany, a przede wszystkim- czysty. Jego mina, gdy nas zobaczył- bezcenna. Jeszcze większa , gdy nawet się nie zorientował, a już miał ciasto na twarzy i we włosach. No to zaczęło się od nowa! Dobrze, że w pewnym momencie po prostu zabrakło nam ciasta, bo pewnie bilibyśmy się do dzisiaj.




Nasze koleżanki z Wielkiej Brytanii, które tak zapewniały, że mają silną głowę, doznały lekkiego szoku po tym, jak zorientowały się jak działa polski alkohol  w polski sposób. Po  tym szoku, który lekko otumanił ich trzeźwe myślenie, stwierdziły, że to wyśmienity pomysł, żeby o 3 w     nocy pójść się kąpać na waleta  do naszego campowego jeziora. Pomysł niezbyt dobry, ale do głowy po alkoholu nic  nie jest głupie, więc ludzie skończyli w jeziorze  i wrócili w gorszym stanie niż wyszli, a już pewne jest to, że w uboższym odzieniu. Resztę rzeczy może pomińmy , nie wszystko  musi przecież zobaczyć światło dzienne, prawda? Tak więc wszyscy poszli grzecznie spać, a rano Sinead obudziła nas okrzykami 'Where is my bra? Where is my phone? And my panties?!'. Następny dzień w prac y był jednym z najgorszych, bo trzy godziny spóźnienia, na kacu (albo jeszcze pijani),  a szef dla odmiany wyjątkowo trzeźwy.




Wszystko skończyło się jednak pozytywnie, a do końca pracy o tej nocy będzie mi przypominać wdeptane w wykładzinę brownie...

Zobacz również

1 komentarze

  1. a mróweczki pewnie dalej świętują moje urodziny i wpierdzielają resztki brownie z wykładziny :D tesknie!!!!! <3

    OdpowiedzUsuń